„W aptece przywództwa” Łada Drozda

W krótkiej opowieści „Pigułka przywództwa. Brakujący element motywujący ludzi” Ken Blanchard i Marc Muchnick bawią się konceptem o skondensowaniu atrybutów przywództwa w formułę leku, którego przyjmowanie ma pomóc liderom być doskonałymi przywódcami. Opowieść ma posmak trochę sensacyjny i wpisany w naszą aktualną rzeczywistość: twarda rywalizacja w biznesie, w którym nie brakuje problemów, internet, media śledzące nowe zjawisko na rynku.

Wyobraźmy sobie aptekę. Półki, szafki, pojemniczki, blistry, buteleczki, torebeczki, saszetki, fiolki, ampułki. I pośród nich pudełeczko z pigułką – objawieniem. Efektem mozolnych, wieloletnich starań poważnych badaczy. Jest! Zbawczyni pracowników, źródło sukcesu liderów, nadzieja biznesu. Pigułka przywództwa! Chcielibyście ją mieć?

W krótkiej opowieści „Pigułka przywództwa. Brakujący element motywujący ludzi” Ken Blanchard i Marc Muchnick bawią się konceptem o skondensowaniu atrybutów przywództwa w formułę leku, którego przyjmowanie ma pomóc liderom być doskonałymi przywódcami. Opowieść ma posmak trochę sensacyjny i wpisany w naszą aktualną rzeczywistość: twarda rywalizacja w biznesie, w którym nie brakuje problemów, internet, media śledzące nowe zjawisko na rynku. Kontekst w jakim dzieje się owa historia jest uniwersalny – może dotyczyć każdej niemal branży, firmy, przedsiębiorstwa. Bo nie brakuje wciąż kiepsko funkcjonujących zespołów. Mamy w tej opowieści nowy, internetowy wymiar rynku, na którym informacje o wszelkich zdarzeniach rozprzestrzeniają się szybko a siła marketingu czyni produkt ośrodkiem powszechnego zainteresowania – każdy może wszystko do woli komentować. Mamy menedżerów, którzy stają w szranki, by udowodnić słuszność swojej wizji przywództwa. Pracowników pod presją stylu zarządzania, nieufnych, demotywowanych itp.

Tytułowa pigułka ma w założeniu wzmacniać naturalne zdolności przywódcze. Powszechnie uważa się, że niektórzy ludzie mają takowe. I najczęściej nazywa się nimi koncentrację na osiąganiu wyników – z determinacją, konsekwencją, twardo, wręcz bezwzględnie. A co dzieje się, gdy lider inaczej rozumie istotę swego działania? Autorzy tu kumulują swoje przesłanie tak: nie chodzi o koncentrację na wynikach odartą z myślenia o ludziach lecz o szereg rzeczy, które składają się na proces budowania zaufania między zespołem a liderem.

Śledzimy zatem pouczającą historię od momentu wniesienia przez lidera wartości (szacunek, uczciwość, partnerstwo, afirmacja czyli dowartościowanie pracy) i okazywanie ich przez jego własne działanie – na spotkaniach, w rozmowach, we wspólnej pracy. Skutecznym Przywódcą jest w opowieści ten lider, który w rywalizacji nie połyka pigułki przywództwa. Podejrzewano go, że będzie oszukiwał, on jednak oparł się na czym innym – byciu przy ludziach: dzieleniu się z nimi obrazem całości, pochwale zespołowości, sztuce doceniania.

Morał? Naturalne zdolności liderskie to „grząski grunt”. A pigułka przywództwa to parafarmaceutyk. Prawie lek, a prawie, jak wiemy, robi dużą różnicę. Wiarygodne przywództwo się wypracowuje, codziennie, mozolnie.

Przypomina mi się pewne zdarzenie. Młody prezenter z dużym doświadczeniem menedżerskim w biznesie pokazywał niedawno na konferencji, przy użyciu 2 szklanek z wodą, jak działa przestrzeń udostępniona przez lidera dla rozwoju jego relacji z pracownikiem. Jedna szklanka z wodą to symbol postaci lidera, druga – pracownika. Gdy lider wraca z „motywującego” spotkania ze swoim zwierzchnikiem i trud tej rozmowy natychmiast „przekuwa” na wywieranie wpływu na pracownika skutek na ogół jest mizerny. W szklance „pracownik” niewiele się zmieści, gdy stale jest „dopełniana presją”. Ale jeśli lider upije trochę własnej wody (H2O), by ochłonąć, a potem zada trochę pytań pracownikowi by ten mógł zasilić go swoją „wodą” (wiedzą, doświadczeniem), wówczas zaczyna między nimi powstawać wymiana. Twórcza i budująca dla obu stron i dużo bardziej obiecująca osiągnięcie wyników. Autorzy „Pigułki…” przedstawiają ten sam mechanizm – oczekiwanie szybkich rezultatów w dłuższej perspektywie jest porażką. Oczywiście warto zapytać o kontekst i cele, czy np. nie są krótkoterminowe. Ale Blanchard i jego współpracownicy od dziesięcioleci udowadniają nam, że przedsięwzięcia długofalowe liczą się bardziej i efekty przynoszą ważniejsze.

Atutem książeczki jest to, że jest krótką, życiową opowieścią. Kochamy historie. Takie opowiedziane barwnie, z celnymi, ponadczasowymi konstatacjami – jeszcze bardziej. „Pigułka…” właśnie taka jest.